|
|
|
ROZDZIAŁ |
Błogosławiony Wincenty
Kadłubek |
|
SZÓSTY |
W CISZY KLASZTORNEJ, W
UBOGIEJ CELI |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Lecz cóż to za śpiewy
z oddali ?·Jakiż to orszak ludzi biało
odzianych idzie z powaga i z czcią? Niosą
krzyż na czele, śpiewy coraz bliższe. Czyli
to pogrzeb dostojnika? O tak, pogrzebał ten
dostojnik szaty swej godności, oddał
pastorał, godło swej władzy, a idzie tu, do
zakonu Cystersów, jako inny człek,
najniższy, poddany. Naprzeciw niego wyszedł
opat klasztoru jędrzejowskiego, wyszedł z
braćmi z klasztoru, wita gościa drogiego i
wprowadza go w mury tego świata zamkniętego,
w którym jest tylko Bóg wielbiony i znajduje
się lud jemu służący. Podczas nabożeństwa
Wincenty przywdział habit braciszka
Cystersów i rozpoczął nowicjat. I wszystko
spełniał z skwapliwą chęcią i nigdy nie
upominał się o to, iż on był rozkazującym,
iż on miał zasługi prac doniosłych i
wielkich; nigdy nie podniósł dumnie czoła,
jako mąż czujący swą wyższość. W tem
istotnie jest ogromna moc ducha
wyszlachetnionego, w tem jest zasługa
człowieka, nad ziemie dawno wywyższonego. |
|
|
|
W Brzeźnicy Wincenty
odbywał nowicyat i wśród braci zakonnej
wyrabiał sobie cześć i nadzwyczajne
uwielbienie. Wszyscy brali sobie wzór z
niego, jak to stawać się sługą Bożym w całym
tego słowa znaczeniu. Wszyscy uczyli się
od niego miłości, łagodności i cierpliwości.
Był zwyczaj, iż o północy schodzili się
wszyscy na jutrznię, modły wspólnie
odprawiali. Pewnego razu opat zauważył, iż
Wincentego brakuje. Zaniepokojony więc,
czyli on nie chory, idzie do celi, ażeby
dowiedzieć się, co mogło zatrzymać tego
najpobożniejszego brata, który zawsze bywał
najpierwszym do chóru. Stanąwszy przed
progiem celi, przez szczelinę w drzwiach
ujrzał niezwykłą światłość w celi bł.
Wincentego. Nachylił się, patrzał i oczom
swoim nie wierzył. Oto bł. Wincenty
uniesiony był w powietrzu i wśród jasności
promiennej kornie schylony, modlił się pełen
zachwytu. Widok ten wywarł na opacie ogromne
wrażenie. Wrócił do chóru zdumiony i
uradowany,
iż był świadkiem cudu. Tymczasem po chwili
zbliżył się Wincenty. Pokorny, zalękniony,
rzuca się do nóg opata i prosi
o przebaczenie, iż powinności swej nie
dopełnił i na jutrznię w czas nie przyszedł.
Nie zdradził się opat i nie powiedział,
co widział, ale uspokoił Wincentego, ze
czcią i szacunkiem go przyjął, a potem
nakazał wszystkim w klasztorze, ażeby
jak ze świętym z największa czcią i pokorą
obchodzili się z Wincentym. Spełniając
wszystkie prace mu zlecone, posługując
drugim, najpośledniejsze nawet czynności z
umysłu na się biorąc, Wincenty nie
przestawał wszakże i jako uczony dalej
pracować. Skoro tylko miął wolną chwilę,
zasiadał do pisania uczonych dzieł, w
których każde prawie jego słowo pełne jest
mądrości, dobrej rady i doświadczenia. Pięć
lat przeszło spędził w ubogim klasztorze w
Brzeźnicy. |
|
|
|
Wątłe i tak ciało
kapłana, wiecznie poświęcającego się, a
nigdy o sobie nie myślącego, poczęło
słabnąc.
Posty, modlitwy, czuwania nocne, biczowania,
rozliczne umartwienia, któremi chciał się
pokonać, to wszystko przecinało pasmo życia
wielkiego męża, biskupa, zakonnika. |
|
|
|
Dnia 8 marca 1223 roku
umarł wśród żalu i płaczu zakonników. |
|
|
|
Liczył 62 lata. Zgasł
jako gwiazda promienna, która znikła, zdaje
się, a jednak świeci i zawsze jej na niebie
doszukać się można. Zgasła tylko ta
zewnętrzna powłoka cielesna, tylko ta suknia
człowieczego jestestwa, bo duch wielki
i uświętobliwiony nie odszedł od tej ziemi
polskiej, ale począł stawać się pośrednikiem
między ludem i Panem, a modły biednych i
smutnych, kalek i chorych zanosił przed tron
Boga i cieszył cudami tych wszystkich,
którzy do niego spieszyli! |
|
|
| |
|
|
|
z "Przewodnika
chrześcijanina rzymskokatolickiego" |
|
wydanego 30
maja 1905 roku. Opracował Ks. Teofil Gapczynski. Wydanie pierwsze. Stutgart.
Z księgarni katolickiej Otona Thomy |
|
|
|